“niech oni już …”
Pamietam, że jak dzieci się urodziły to mówiłam sobie “niech oni już będą w domu” (w szpitalu spędzili prawie 2 miesiące z racji wcześniactwa). Potem “niech oni nie jedzą tak często, szczególnie w nocy bo umrę z niewyspania”. Następnie marzyłam “niech oni już przekręcają się sami na brzuszek i plecki”. Po czym “niech oni już siedzą”. Jak usiedli to matka mówiła w myślach “niech oni już raczkują”. Jak już raczkowali to było “niech oni już stoją”. Stanęli i matka wymyśliła “niech oni już chodzą”. Jak zaczęli chodzić oboje to matka modli się” niech oni już mówią żebym rozumiała o co im chodzi”. Za każdym razem myślałam (o ja naiwna!!!!), że będzie łatwiej jak już opanują kolejną wymarzoną przeze mnie umiejętność. Teraz nie ukrywam, że żałuję niektórych “niech oni już…” choćby z tego względu, że przedwczoraj zaliczyliśmy pierwszą wizytę na urazówce z Julą, którą prawdopodobnie brat z wózka (na szczęście w przedpokoju) wyrzucił. Jula bachnęła, rozdarła się niemiłosiernie, nagle zasnęła i wyrzygała się spektakularnie. Ja zeszłam na zawał prawie i już chyba przestanę sobie marzyć żeby “oni już cośtam opanowali” bo łatwiej nie jest z całą pewnością a czasy gdy leżeli i się nie ruszali należą do chyba najspokojniejszych w moim życiu
.
A poniżej foto z kąpieli, która to odbywa się już regularnie w dużej wannie i sprawia maluchom dużo radości: