Na początku sierpnia pojechaliśmy na kilka dni do Wisły z ciocią Beatą, wujkiem Jarkiem i Piorusiem. Po przyjeździe dzieci zaczęły szaleć na podwórku. Cudem udało się ich razem sfotografować w bezruchu (3-sekundowym
).

Dopadli basen, niestety z brudną deszczówką i jakimś dziwnym osadem na dnie. Nie przeszkadzało im to jednak w ogóle i spędzili przy nim prawie całą resztę dnia.

Następnego dnia zeszlismy do centrum, w którym znaleźliśmy boski plac zabaw. Franio zakochał się w zjeżdżalni i kursował w kółko: góra-dół.

Jula poszła przywitać się z Wisłą

Po powrocie też chwilę poszalała na placu razem z Franiem, który po długim czasie odkleił się od zjeżdżalni.

Około południa przyjechali do nas: ciocia Asia, wujek Robert i Emilka :-). Milutko spędziliśmy dzień przy grillu.

Dzieciaki poszły szaleć na prawdziwej górskiej łące
. Cóż, w końcu to miastowe-betonowe dzieci więc takie atrakcje mają głównie na wakacjach.

Jula z Tatą na wycieczce
. Małe nóżki miały po jakimś czasie dość więc u taty na barana znalazła bidulka schronienie.

A tutaj z ciocią Beatą przygotowania do grilla. Nie pamietam którego, ponieważ grill u nas trwał non-stop
.

“Maaamoooo! Wpuść Rania do domu (przez okno)
!”

Ostatnie chwile w pieluszce, w trakcie ulubionej czynności podlewania ogrodu.

Dzielni tatusiowie wyczyścili basen i napełnili wodą (pół dnia im to zajęło ale na szczęście drugie pół pozostało na kąpiel
). Dzieciaki miały mnóstwo uciechy!

A wieczorem zasiadaliśmy z M. na tarasie i relaksowaliśmy się przy takich oto widokach. Mówię Wam, bosko! Gdybym takie miała z własnego okna, wieczory po dniu pracy byłyby sielanką i totalnym odstresowaniem i odcięciem od codzienności.



Ostatniego dnia pojechalśmy do niesamowitego miejsca. Dlaczego niesamowitego? Zobaczcie sami!



Pierwszy raz w życiu mogłam dotknąć danieli, sarenek, kózek górskich, małych dzików (duzych nawet nie próbowałam
). Poczułam się jak mała dziewczynka w jednej z pięknych bajek. Pięknie było!